Ciężki tydzień, hotel w Poznaniu, za oknem deszcz, a ja zamiast spać tępym wzrokiem wpatruję się w sufit. Firma wysłała mnie na szkolenie, ale po całym dniu słuchania o optymalizacji procesów miałem mózg jak galaretę. Zwykle zabijam wieczory serialami, ale tego dnia nawet netflix mnie nudził. Przewijałem telefon, przeglądałem memy, sprawdzałem te same wiadomości trzy razy. I wtedy wyskoczyła mi reklama kasyna. Nie wiem dlaczego, zamiast zignorować, kliknąłem.
Siedziałem i myślałem: zawsze uważałem hazard za totalną głupotę. Ci wszyscy ludzie, którzy liczą na cud, którzy wierzą, że ruletka im się odwdzięczy za piękne oczy. A jednak czegoś mnie podkusiło. Może czysta ciekawość. Może to poczucie, że w niczym nie ryzykuję, bo stawka będzie symboliczna. Zarejestrowałem się, wpłaciłem pięćdziesiąt złotych i poczułem się jak na randce w ciemno. Zero oczekiwań, zero wielkiego bicia serca, zwykły wieczorny eksperyment.
Pierwsze godziny to była czysta, niezobowiązująca zabawa. Wybierałem ruletkę, bo nie wymaga myślenia. Postawiłem kilka złotych na czerwone, potem na czarne, potem na konkretny numer. Zupełnie losowo. Czułem się trochę jak wtedy, gdy rzuca się monetą, żeby zdecydować, co zamówić z baru. I wiecie co? Przez pierwsze pół godziny wygrałem około trzydziestu złotych. Byłem zaskoczony, bo gdzieś z tyłu głowy spodziewałem się, że stracę wszystko w ciągu pięciu minut. A tu proszę, konto rosło.
Ale nie o pieniądze tu chodzi. Przynajmniej nie w głównej mierze. Gdy tak sobie gapiłem się w wirującą kulkę, zauważyłem na czacie obok paru gości. Pisali różne rzeczy: ktoś się denerwował, ktoś wysyłał emotki, a jeden typ o nicku Wawada w ogóle nie odzywał się do nikogo, tylko w odpowiednim momencie wstawiał krótkie: „wawada, znowu pudło”. Zaśmiałem się, bo zabrzmiało to jak przekleństwo wymyślone na poczekaniu. Potem przegrałem kilka rund i sam napisałem do niego: „Wawada, stary, mam już dość”. Odpisał mi po chwili: „To przestań na godziny patrzeć, postaw raz i wyjdź”. Mądrość z głębi czatu.
I wtedy coś we mnie pękło. Zamiast gonić za przegranymi kwotami, postawiłem całą resztę, czyli jakieś szesnaście złotych, na liczbę, która mi się przyśniła poprzedniej nocy. Ta liczba to było dwanaście. Balkan wpadł w kieszeń, stalowa kulka zatrzymała się na dwunastce. Wypłata wyniosła jakieś dwieście złotych, nie dużo, ale uśmiech nie schodził mi z twarzy przez godzinę. Nie dlatego, że wygrałem. Dlatego, że po raz pierwszy od dawna zrobiłem coś bez planowania, bez kalkulacji, czystym impulsem. A to działało na mnie lepiej niż niejeden wyjazd w góry.
Następnego dnia po szkoleniu wróciłem do hotelu i znowu zalogowałem się na to samo konto. Tym razem nie dlatego, że musiałem, tylko dlatego, że chciałem sprawdzić, czy tamta lekkość się powtórzy. Grałem krótko, stawiałem małe kwoty, a główną frajdę sprawiała mi obserwacja emocji innych. Niektórzy pisali bez przerwy o tym, że im się należy, że ktoś nimi steruje. Inni panikowali po każdej złotówce. A ten cały Wawada po prostu siedział cicho. Od czasu do czasu rzucał swoje kultowe powiedzonko. Siedziałem tak może z godzinę, wygrałem jakieś czterdzieści złotych, a potem wstałem wyłączyć komputer. Człowiek z gatunku kontrolerów, taki ze mnie, wyczuł, że zaczyna mnie to wciągać. I właśnie wtedy, co zabawne, Wawada napisał do mnie prywatnie: „Widzę, że masz głowę, nie daj się zagryźć”. To była najkrótsza i najmądrzejsza rzecz, jaką tam przeczytałem.
Te trzecie wieczory, już ostatnie, zanim wróciłem do swojego miasta, były inne. Usiadłem bez parcia, bez tej żądzy emocji. Postawiłem dwadzieścia złotych na dziesiątki, pograłem tak zwane proste szanse i ani razu nie sprawdziłem salda. Czułem własny oddech, patrzyłem na obracającą się kulę jak na ładne wideo w tle. Nie chodzi o to, żeby być szybszym niż ruletka. Chodzi o to, żeby pozwolić jej żyć własnym życiem. W pewnym momencie Wawada znów wyskoczył na czacie z tekstem: „Wawada, czasem lepiej oddać maszynie niż walczyć z nią jak z własnym sumieniem”. Nie wiem, czy był autentycznie po przegranej, czy tylko tak filozofował. Ale to zdanie zapadło mi w pamięć.
Spakowałem się rano, dojeżdżałem pociągiem do Warszawy i myślałem o tych trzech wieczorach. Nie mogę powiedzieć, że wygrałem fortunę. Może łącznie jakieś trzysta złotych, może mniej, bo przecież trzeba odjąć to pierwsze pięćdziesiąt i późniejsze stawki. Ale nauczyłem się czegoś, czego nie spodziewałem się po wirtualnym kasynie. Otóż zawsze byłem typem, który musi mieć wpływ na wszystko: na swoje godziny pracy, na emocje bliskich, na nawet to, co zjem na obiad. Kiedy cokolwiek szło nie po mojej myśli, męczyłem siebie i innych pretensjami. A tam po prostu stanąłem twarzą w twarz z czymś, czego nie da się zaplanować.
Los jest jak ten nieobliczalny gracz z nickiem Wawada. Nie wiesz, kiedy się uśmiechnie, kiedy pokaże język, kiedy zniknie na kilka sekund, żeby potem wrócić z największą forsq. Gra w kasynie to trening pokory, jeśli tylko potrafisz postawić sobie granicę i wyjść, gdy musisz. Nie mówię, że każdy powinien tam siedzieć i liczyć na całe życie. Ale okazało się, że ja, twardy księgowy emocji, mogę spędzić trzy wieczory przy stole i nie zwariować. Ba, mogę z tego wyciągnąć coś na przyszłość.
Wróciłem do pracy, firma zrobiła mi wewnętrzny audyt, bo koleżanka zachorowała. Miałem przed sobą trzy tony dokumentów, a gość, który zawsze doprowadzał mnie do szału, nagle zaczął opowiadać, że jego projekt jest spóźniony, bo mu się „coś poprzestawiało”. Kiedyś zacisnąłbym zęby i tłumił irytację przez tydzień. Tym razem wzruszyłem ramionami. Bo zrozumiałem po tych grach, że pewne rzeczy po prostu nie zależą ode mnie. Moja praca polega na tym, żeby reagować, a nie rządzić światem. Śmieszne, że do tego wniosku doprowadził mnie wirujący bębenek i gość o ksywce Wawada, który pisał jak stary, zgorzkniały filozof z prowincji.
I wiecie, że nie żałuję ani jednej straconej złotówki? Może dlatego, że nie patrzę na to przez pryzmat wygranej. Straciłem jakoś trzydzieści złotych przez te wszystkie godziny, a dostałem w zamian dużo przyjemności i takie dziwne, a zarazem